Ballada o Zbyszku i Janku

11.12

Ballada o Zbyszku i Janku

Fot. artykułu ze zbiorów IPN Gdańsk

← Kliknij tutaj, aby powrócić do strony projektu “Grudzień ’70”

 

Ballada o Zbyszku i Janku. NA DRZWIACH PONIEŚLI GO ŚWIĘTOJAŃSKĄ…

Jaruzelski: Panie Godlewski, ja pana przepraszam. Godlewski: Panie generale, dla mnie jest pan mordercą.

Zbyszek Godlewski urodził się 3 sierpnia 1952 r. w Zielonej Górze. Zginął 18 lat później, zastrzelony przez Milicję 17 grudnia 1970 r. w okolicy przystanku kolejki Gdynia-Stocznia. Janek Wiśniewski żyje do dziś, ale nie wiadomo kiedy dokładnie się urodził, a raczej powstał. Być może już kilka godzin po śmierci Godlewskiego – tak twierdzi architekt i działacz opozycji Krzysztof Dowgiałło, uznany przez ZAiKS autor tekstu „Ballady o Janku Wiśniewskim”. A może wiosną 1971 r. – gdyński poeta Jerzy Stanisław Fic zapewnia, że właśnie wtedy napisał wiersz o chłopaku, którego „na drzwiach ponieśli Świętojańską”. Był wszak świadkiem tych wydarzeń. Wiersz, powielany na przebitkowym papierze, znany był w Trójmieście już w 1971 r.

Po raz drugi Janek Wiśniewski narodził się dziesięć lat później. Zaraz po sierpniowym strajku 1980 r. w gdańskiej Stoczni im. Lenina anonimowy wiersz wpadł w ręce pieśniarza-amatora Mieczysława Cholewy. Skomponował do niego muzykę i jesienią 1980 r. nagrał pieśń na poddaszu plebanii kościoła Najświętszego Serca Pana Jezusa w Gdyni. Tego kościoła, do którego ostatecznie trafiły drzwi, na których robotnicy nieśli ciało chłopca i zakrwawiona polska flaga – przynajmniej wg legendy. Powielane na kasetach wykonanie Cholewy obiegło kraj. Cała Polska poznała Janka Wiśniewskiego 27 lipca 1981 r – gdy premierę miał „Człowiek z żelaza” Andrzeja Wajdy i poruszająca interpretacja „Ballady” w wykonaniu Krystyny Jandy. Dwa miesiące wcześniej film zdobył pierwszą w historii polskiego kina Złotą Palmę na festiwalu w Cannes.

Druga zwrotka – „Na drzwiach ponieśli go Świętojańską/Naprzeciw glinom, naprzeciw tankom/Chłopcy stoczniowcy, pomścijcie druha!/Janek Wiśniewski padł!” – to dosłowny zapis autentycznych wydarzeń uwiecznionych na fotografii przedstawiającej zabitego chłopca i czoło pochodu. 17 grudnia 1970 r. wykonał ją gdyński fotografik Edmund Pepliński z okna swojego mieszkania przy Świętojańskiej. Zdjęcie jest ważne, bo przecież Janek Wiśniewski jest postacią fikcyjną. Albo inaczej, jest każdym z 18 zabitych tego dnia w Gdyni młodych mężczyzn. Tymczasem chłopiec ze zdjęcia jest jeden i jest prawdziwy. W latach 70. odbitki fotografii krążyły w drugim obiegu, znali ją więc nieliczni. Negatyw Pepliński dobrze schował pod wieszakiem na korytarzu. Dopiero po Sierpniu ujawnił się i przekazał go „Solidarności”. Fotografia zaczęła pojawiać się na wystawach, opublikował ją gdański tygodnik „Czas”. 11 grudnia 1981 r. Małgorzata Niezabitowska opisała historię niesionego na drzwiach chłopca w „Tygodniku Solidarność”. Reportaż „Sztandar i drzwi” oraz zdjęcie Peplińskiego ukazały się w ostatnim numerze przed stanem wojennym i zrobił ogromne wrażenie. „Miał może 17 lat. Ludzie otoczyli trupa, potem wzięli go na ręce. Wtedy padł pomysł – drzwi. Ktoś przyniósł sztandar. Umoczono go w krwi zabitego i niesiono na przedzie.” – takiego tekstu o Grudniu ludzie jeszcze nie czytali.

Niezabitowska nie wiedziała, że kilka miesięcy wcześniej na jednej z wystaw Eugeniusz i Izabela Godlewscy rozpoznali na fotografii swego syna.

W GŁOWĘ I PIERŚ

– Mama poznała Zbyszka od razu po sylwetce, po ledwie widocznych rysach twarzy – mówi Wiesław Godlewski, młodszy brat Zbigniewa. – Tata też, ale był bardziej metodyczny, długo analizował zdjęcie. Gdy pan Pepliński przysłał nam odbitkę przyglądał się fotografii w powiększeniu. Twarz, ubranie, wreszcie buty, takie sportowe pionierki, nie pozostawiały wątpliwości.

Zbyszek zatrudnił się jako sztauer w gdyńskim porcie z przyjacielem, Kazimierzem Podowskim. Razem przyjechali z Elbląga zaledwie miesiąc przed Grudniem, wspólnie wynajmowali pokój. Z zeznań Podowskiego z 1990 r. wyłania się następujący obraz. 17 grudnia po 6 rano, już kiedy padli pierwsi zabici, i gdy nie dostali się do otoczonego przez wojsko zakładu, poszli w pochodzie pod Komitet Miejski PZPR. Tam odbył się wiec, po czym demonstranci ruszyli z powrotem, w kierunku portu. W okolice przystanku Gdynia Stocznia dotarli ok. godz. 9. Szli na czele, gdy padły strzały zgubili się w tłumie.

Podowski: „strzelano z kordonu milicyjnego, który stał za zakrętem przy betonowych przęsłach. Ponownie zobaczyłem Zbyszka w chwili, gdy znosili go z pomostu. Ktoś powiedział: „Nie żyje”. Ktoś inny krzyknął: „Nie oddamy go!”. Po jakimś czasie pojawiły się drzwi, na których ułożono jego ciało”.

Z ciałem poszli w stronę Prezydium Miejskiej Rady Narodowej. Przez cały czas obrzucani gazem ze śmigłowców. Z kościoła przy Świętojańskiej zabrali krzyż i przybili go do drzwi między nogami zabitego. Przed Prezydium na ulicy wymalowana była biała linia. Zomowiec ostrzegał przez szczekaczkę, że jej przekroczenie będzie oznaczało użycie broni. Przekroczyli ją ok. godziny 10. Gdy tłum się rozpierzchł, na ulicy zostały drzwi z ciałem Zbyszka.

W książce „Grudniowa Apokalipsa”  (1993 r.) gdyńskiej dziennikarki Wiesławy Kwiatkowskiej, która w latach 80. zbierała relacje świadków, wiele głosów potwierdza wersję Podowskiego.

Paweł Marczewski: „Zobaczyłem, że niosą zabitego chłopca. Pamiętam, że na nogach miał takie popularne pionierki, ten szczegół utkwił mi w pamięci. Ranny był za uchem, rana była wielkości pół dłoni. Widziałem z bliska”.

Zdaniem przeprowadzającego sekcję patologa Zbyszek zmarł na skutek „przestrzału głowy oraz przestrzału klatki piersiowej połączonego ze zgruchotaniem kości sklepienia i podstawy czaszki po stronie lewej”. Zginął w pobliżu stoczni ok. godz. 9, więc pochód z jego ciałem dotarł pod Prezydium gdzieś godzinę później.

GRUDZIEŃ W CIENIU SIERPNIA

Pepliński zawsze przedstawiał taką samą wersję wydarzeń, choćby w wywiadzie dla niezależnego lubelskiego pisma „Spotkania” w 1983 r.: „Około godz. 10 szedł następny pochód. Ten z chłopcem na drzwiach. Niesiono przed nim biało-czerwoną flagę, długą tak, że sięgała w poprzek od chodnika do chodnika. Na zdjęciu jej nie widać, bo niesiono ją kilkanaście metrów z przodu, a ja czekałem na ten zasadniczy moment, żeby chłopca mieć na pierwszym planie. Jak się dobrze zdjęciu przyjrzeć, widać też, że między stopami umieszczony jest krzyż. Na rogu Świętojańskiej i Kilińskiego uformowała się milicyjna zapora. Były tam gaziki, które stały tyłem do maszerującego tłumu, wystawiając w kierunku pochodu działka z wyrzutniami granatników. Gaziki jechały do tyłu, w stronę nadchodzących. Gdy pierwsze granaty wybuchły, powstały obłoki dymu, za którymi szli milicjanci z wielkimi, krzyżackimi tarczami i nacierali na tłum. Dym przesłonił mi widoczność. Kiedy opadł, zobaczyłem, że drzwi z chłopcem leżą na jezdni.”

Jest niemal pewne, że Janek Wiśniewski to Zbigniew Godlewski. Przebieg protestu 17 grudnia w Gdyni kryje jeszcze wiele zagadek. Okoliczności śmierci wielu robotników i uczniów są niejasne. Głównie dlatego, że Grudzień był tematem tabu. Ale po części również z powodu Sierpnia ’80. Dla nowego pokolenia robotników, dla opozycji, Grudzień wciąż był ważny, ale po wprowadzeniu stanu wojennego mieli już własne opowieści. I własne ofiary – górników z „Wujka”, robotników z Lublina, Popiełuszkę. Grudzień stawał się historią. Dla wszystkich, z wyjątkiem rodzin zabitych w 1970 r. w tym Godlewskich.

POGRZEBANI NOCĄ

Większość z 45 ofiar Grudnia to mężczyźni z ubogich robotniczych lub chłopskich rodzin. Przyjeżdżali na Wybrzeże z Lubelskiego, Podlasia, Podkarpacia. Tymczasem ojciec Zbigniewa był emerytowanym kapitanem Ludowego Wojska Polskiego. Mieszkali przy garnizonach, dlatego bracia urodzili się w Zielonej Górze, potem mieszkali w Gawłówku pod Łodzią, wreszcie w Elblągu.

– Uczył się na masarza w zawodówce przy Zakładach Mięsnych, ja byłem dwa lata młodszy i też tam poszedłem, bo zawsze trzymaliśmy się razem – opowiada Wiesław Godlewski. – Ale jego nosiło, razem z Kazikiem Podowskim rzucili szkołę i pojechali do Gdyni, bo marzyło im się, że zostaną marynarzami i popłyną na dalekie oceany. Dwa tygodnie przed śmiercią przyjechał na dwa dni, odprowadziłem go na pociąg, nasz pies, „Czika”, nie chciała wyjść z peronu. Wtedy ostatni raz widziałem go żywego. Osiemnastego przyszedł telegram: „Zbyszek nie żyje – Podowski Kazimierz”.

Telegram dostali w piątek wieczorem. Następnego dnia pojechali do Gdyni. Cały dzień szukali ciała w szpitalach, bezskutecznie. W końcu jakiś prokurator zapewnił ich, że ciało jest, że w poniedziałek dostaną zezwolenie na przewiezienie zwłok do Elbląga. A w niedzielę wieczorem do drzwi zapukali – urzędnik Wojewódzkiej Rady Narodowej z Gdańska i esbek. Powiedzieli, że mają prawo wziąć udział w pogrzebie syna, który odbędzie się tej nocy.

Wiesław Godlewski: – Zawieźli nas nysą na cmentarz w Gdańsku Oliwie. Noc, a do pogrzebów była kolejka. Głowa Zbyszka cała w gazie, żeby nie było widać rany. Przywieźliśmy czarny garnitur ojca, w który go przebrali, ale mama zapomniała butów, więc pochowaliśmy go w tych roboczych pionierkach, w których zginął. Esbecy poganiali, krótka modlitwa nad dołem, trochę go zasypali i do nysy, z powrotem do Elbląga. Dali jeszcze ojcu worek z ubraniami Zbyszka. Tata obejrzał je w domu, wyglądało jakby dostał serią, a potem spalił te zakrwawione ubrania w piecu, żeby matka ich nie zobaczyła.

Chyba z powodu ojca-oficera Zbyszek Godlewski został pochowany w garniturze. Innych grzebali tej nocy w szpitalnych pidżamach, półnagich, bosych. Czasem bez rodziny, w bezimiennych grobach. Polecenie wydał członek biura politycznego KC PZPR Zenon Kliszko, z pewnością po konsultacjach z Wiesławem Gomułką. Pogrzeby nie mogły stać się pretekstem do manifestacji.

RODZICE ŻYLI TYLKO GRUDNIEM

Godlewski: – Rodzice byli w rozpaczy. Matka nic nie jadła. Mi zabroniła wychodzić z domu, bała się, że mnie zabiją. Bo 18 grudnia na Hetmańskiej w Elblągu milicjant zastrzelił Mariana Sawicza, kierowcę autobusu, jak wychodził z baru mlecznego, on nawet nie demonstrował. Nysa z esbekami dzień i noc stała pod naszym domem. W marcu 1971 zgodzili się na przeniesienie ciała na cmentarz w Elblągu. Trumnę zapakowali do drugiej, wielkiej trumny, stalowej, zaspawanej, pomalowanej na czarno. Przyszło sporo ludzi, esbecy po cywilnemu, więc nie było widać mundurów. Ojcu na trzy lata zabronili wstępu do klubu oficerów w jednostce. Bali się, że zdobędzie broń i kogoś zabije z zemsty, ale mój tata taki nie był. W 1974, jak przyszedł mój czas iść do wojska pojawił się milicjant z pytaniem, czy ja nie wolałbym do milicji. Matka dostała szału, jak zawsze na widok milicjanta. W wojsku byłem kierowcą i zdarzyło się, że na jednych ćwiczeniach woziłem po poligonie gen. Jaruzelskiego. On był w grudniu szefem MON i kazał strzelać do mojego brata, ale nie wiedział kim ja jestem, zagryzłem zęby, woziłem drania. Rodzice jakby zatrzymali się w czasie, żyli tylko Grudniem, więc szybko uciekłem z domu. Ledwie zatrudniłem się w fabryce traktorów w Ursusie, a tu strajk, 76 rok. Żona była w ciąży i powiedziała mi: „Wiesław, tylko jednego ciebie mają”. Poszedłem na zwolnienie lekarskie, wróciłem po wszystkim. Potem już się nie angażowałem. Rodzice odwrotnie. Zwłaszcza po stanie wojennym. W ich domu było jak w młynie – dziennikarze, opozycjoniści, księża, nawet mama ks. Popiełuszki była, w grudniu telefon się urywał. Po okrągłym stole zaczęli przychodzić politycy, Jarosław Kaczyński też był. Rodzice wierzyli, że morderców Zbyszka dosięgnie sprawiedliwość, ale przed śmiercią zrozumieli, że to płonne nadzieje. Najpierw jego śmierć, potem upiorny pogrzeb, na koniec ten proces… Jakby im kolejny raz zabijali syna.

ŚLEPA SPRAWIEDLIWOŚĆ

– Śledztwo w sprawie grudniowej zbrodni rozpoczęła Prokuratura Marynarki Wojennej w Gdyni w 1990 r. i był to niefortunny wybór – mówi dr Piotr Brzeziński, historyk z gdańskiego IPN, autor książek o Grudniu ’70. – W stanie wojennym instytucja ta zaciekle ścigała opozycjonistów, a Sąd Marynarki Wojennej wydawał najwyższe wyroki. Ich przełożonym był gen. Jaruzelski. Wojskowi prokuratorzy przyczynili się do ukarania Wiesławy Kwiatkowskiej za zbieranie relacji świadków Grudnia, Sąd Marynarki Wojennej skazał ją na pięć lat. Siedziała od wprowadzenia stanu wojennego do 1983 r.

Proces w sprawie Grudnia ruszył dopiero w 1995 r. Nie była to jednak zasługa prokuratury wojskowej, lecz powszechnej, a dokładnie prok. Bogdana Szegdy, który przejął śledztwo i napisał akt oskarżenia. Kilka lat później sprawę przeniesiono z Gdańska do Warszawy, bo oskarżeni byli w podeszłym wieku. Nie uwzględniono faktu, że rodzice ofiar też byli w podeszłym wieku, a większość mieszkała na Wybrzeżu. W 2011 r. Jaruzelski został wyłączony z procesu z uwagi na stan zdrowia. Kociołek, który 16 grudnia 1970 r. wezwał gdyńskich stoczniowców do powrotu do pracy, został uniewinniony w 2013 r. Zmarł w 2015 r. przed ponownym rozpatrzeniem sprawy, które zarządził Sąd Najwyższy. Gomułka umarł już w 1982 r. Tylko Kwiatkowska została ponownie skazana – w 1996 r. dostała trzy miesiące, tym razem w zawieszeniu, za obrazę sądu. Bo napisała, że prowadzący sprawę Grudnia ’70 sędzia dostaje specjalne instrukcje. Ten sędzia, Włodzimierz Brazewicz, był oskarżycielem posiłkowym na jej procesie. Ostatecznie więc jedynymi osobami, które zostały skazane za Grudzień było dwóch pomniejszych dowódców wojskowych, na dwa lata w zawieszeniu, i… Kwiatkowska, która jako jedyna wyrok odsiedziała.

Godlewscy byli rozżaleni, że proces został przeniesiony do Warszawy, ale jeździli do stolicy na rozprawy. Brat Zbyszka zapamiętał rozmowę ojca z Jaruzelskim na jednej z nich:

– Panie generale, pan mi syna zabił.

– Panie Godlewski, obaj byliśmy wojskowymi i ja pana przepraszam.

– Panie generale, ja nigdy od pana nie przyjmę żadnych przeprosin. Dla mnie jest pan mordercą.

Wiesław Godlewski: – W chwili, gdy tata powiedział, że Jaruzelski jest mordercą, sąd kazał mu usiąść.

LUDZIE WCIĄŻ SĄ CIEKAWI

Krzysztof Dowgiałło przyznał się do autorstwa „Ballady o Janku Wiśniewskim” dopiero w 1989 r., gdy kandydował do Sejmu kontraktowego. Zdobył posłem, potem radnym w Sopocie, święcił triumfy jako architekt. Ale wcześniej swoje odsiedział – od 1981 do 1983 i jeszcze w 1985 w Zakładzie Karnym Potulice.

Jerzy Fic, drugi autor „Ballady”, do dzisiaj pisze wiersze. Jego rodzina mieszka w Gdyni od 1927 r., więc wspiera wszystko, co „gdyńskie”. Przekazał do muzeum  babciną maszynę do szycia firmy Pfaff, ostatnio napisał wiersz o ratownikach pogotowia walczących z koronawirusem. Gdynianie uwielbiają nestora Fica.

Michał Cholewa, autor muzyki i pierwszy popularyzator „Ballady” okazał się agentem SB. Albo raczej człowiekiem pogubionym. Nie wiadomo, na czym polegała jego współpraca z bezpieką, bo nie zachowały się dokumenty. Od 1972 do 1980 r. działał jako TW „Zbigniew”, potem TW „Aleksander”. Ale po Sierpniu 1980, z „działalności antypaństwowej” SB zaczęła inwigilować swego agenta w ramach operacji „Faryzeusz”. To wtedy Cholewa śpiewał o Janku Wiśniewskim, wtedy został gwiazdą pierwszego Przeglądu Piosenki Prawdziwej w Gdańsku. „Zdjęty z ewidencji z powodu zaniechania wrogiej działalności 13 II 1985, ponownie zarejestrowany jako informator SB przez Inspektorat 2 …” Itd. Na koniec przyznał się, że był agentem, choć nikt tego od niego nie oczekiwał.

Edmund Pepliński pozostał przy fotografii. Był mistrzem i autorytetem w Cechu Rzemiosł i Izbie Rzemieślniczej, wychował pokolenia fotografików. Zmarł w 1988 r.

Wiesława Kwiatkowska po 1989 r. opublikowała dziesiątki świetnych artykułów i kilka książek, głównie o Gdyni. Zmarła w 2006 r. W tym samym roku otrzymała Krzyż Oficerski Orderu Odrodzenia Polski, potem kolejne ordery, wszystkie pośmiertnie.

Rodzice Zbyszka Godlewskiego też już nie żyją. Wiesław, brat Zbyszka, mieszka w Piastowie pod Warszawą, niedaleko Ursusa. Mają z Ewą dwóch synów, Roberta i Krzysztofa oraz trójkę wnuków. Raz w miesiącu Wiesław jeździ na groby rodziców i brata do Elbląga: – Naopowiadałem się o Zbychu, ludzie są ciekawi. Ja się nie uchylam, chcę, żeby wszyscy wiedzieli jak naprawdę było. A czasami ktoś się dowiaduje o Zbyszku, i mimo że dobrze mnie zna, to pyta: Naprawdę jesteś rodzonym bratem Janka Wiśniewskiego?

Korzystałem z materiałów Muzeum Miasta Gdyni, a także: W. Kwiatkowska, „Grudniowa Apokalipsa”, P. Brzeziński, R. Chrzanowski, T. Słomczyński, „Pogrzebani Nocą”.

Tekst powstał w ramach projektu Muzeum Miasta Gdyni pt. „Grudzień ’70. Nieobecność”, upamiętniającego 50. Rocznicę wydarzeń grudniowych na Wybrzeżu. Więcej materiałów dostępnych jest na stronie www.muzeumgdynia.pl.

Marek Wąs

← Kliknij tutaj, aby powrócić do strony projektu “Grudzień ’70”